Albert Einstein urodził się w 1879 roku w Ulm i zmarł w 1955 roku w Princeton. W podręcznikach pojawia się głównie obok wzoru E = mc². Tymczasem za tą formułą kryje się bardzo nieoczywista biografia człowieka, który większość życia spędził w drodze – między państwami, językami i rolami społecznymi. Warto zajrzeć pod powierzchnię szkolnego portretu i zobaczyć Einsteina jako włóczęgę, imigranta, muzyka i nieco chaotycznego humanistę. To opowieść o tym, jak te wszystkie wątki rozlewają się dziś po mapie świata: od ulic Berna, przez muzea w Zurychu, aż po ciche miasteczko Princeton.
Światowy włóczęga z walizką pełną równań
Einstein nie był naukowcem przykutym do jednego laboratorium. Jego życiorys to raczej mapa kolejnych przeprowadzek: Niemcy, Szwajcaria, znów Niemcy, Czechosłowacja, Holandia, wreszcie Stany Zjednoczone. Każde z tych miejsc zostawiło ślad w biografii, a dziś przyciąga podróżnych, którzy nie chcą oglądać tylko kolejnego pomnika.
We wczesnej młodości rodzina przenosiła się za pracą ojca – z Ulm do Monachium, a potem do Włoch. Młody Einstein już wtedy uczył się funkcjonować „pomiędzy”: między językami i systemami edukacji. Szkoły niemieckie go męczyły, włoskie dawały więcej swobody, ale to Szwajcaria okazała się przystanią na ważne kilkanaście lat.
Berno i Zurych – ulice, na których rodziła się rewolucja
Największa rewolucja w fizyce XX wieku nie narodziła się w wielkim instytucie badawczym, tylko w dość zwyczajnym szwajcarskim mieście. W Bernie Einstein pracował w Federalnym Urzędzie Patentowym jako skromny urzędnik. Codziennie wracał z pracy do ciasnego mieszkania przy Helengasse 4 (dziś Einstein Haus – małe muzeum w kamienicy na Starym Mieście), gdzie wieczorami liczył i notował.
To właśnie w tym czasie – w 1905 roku, nazywanym jego „rokiem cudów” – powstały prace o szczególnej teorii względności, efekcie fotoelektrycznym i ruchach Browna. Nie w laboratorium, nie w luksusowym gabinecie, tylko przy kuchennym stole, między obowiązkami w urzędzie a opieką nad rodziną.
W Berno można dziś przejść dokładnie tymi samymi ulicami, które Einstein przemierzał codziennie pieszo, z teczką pełną dokumentów patentowych. Dla wielu podróżników to ciekawa odmiana po klasycznym „city breaku”: w zamiast kolejnej wieży widokowej – klatka schodowa kamienicy, gdzie powstawały notatki do jednych z najważniejszych artykułów naukowych w historii.
Z kolei Zurych był dla niego miejscem nauki i późniejszych wykładów. Politechnika w Zurychu (ETH) przyjęła go jako studenta, mimo że wcześniejsze oceny z części przedmiotów nie zachwycały. Uczelnia wciąż eksponuje jego postać, ale nie w przesadnie „pomnikowy” sposób – raczej jako przykład człowieka, który długo szukał własnej ścieżki.
W mieszkaniu przy Kramgasse w Bernie nie ma nic spektakularnego – kilka pokoi, schody, widok na ulicę. A jednak to jedno z najważniejszych adresów dla zrozumienia, jak wygląda narodziny teorii, która zmienia świat.
Berlin, Praga, Leiden – Europa w rytmie teorii względności
Po szwajcarskim etapie przyszedł czas na Berlin. Tam Einstein został gwiazdą niemieckiej nauki – profesorem Uniwersytetu Humboldta, członkiem Pruskiej Akademii Nauk. Berlin z lat 20. XX wieku to dla wielu podróżników dziś legenda: stolica Republiki Weimarskiej, artystyczne szaleństwo, rozwój kina, kabaretów. Einstein funkcjonował obok tego świata, ale nie był całkiem od niego odcięty.
W tamtym okresie podróżował służbowo po całej Europie: wykładał w Pradze, odwiedzał uniwersytet w Leiden w Holandii, pojawiał się na konferencjach w Brukseli. Współcześni badacze żartują czasem, że jego notatniki z tamtych lat wyglądają jak rozkład jazdy pociągów: daty, miasta, krótkie uwagi, szkice.
Nie był typowym „turystą”. Hotele, sale wykładowe, salony dyskusyjne – to był jego naturalny krajobraz. Jednak z listów wiadomo, że lubił włóczyć się po miastach pieszo, obserwować ludzi i notować pomysły na marginesach listów i programów konferencji.
Dzisiejszy podróżny, odwiedzając te miasta, łatwo natrafia na tablice pamiątkowe, sale wykładowe nazwane jego imieniem, niewielkie wystawy. Co ważne – większość tych miejsc funkcjonuje „w ruchu”: to działające uczelnie i instytuty, a nie zamrożone skanseny.
Einstein a paszport – jak fizyk został obywatelem świata
Życie Einsteina doskonale pokazuje, jak skomplikowanym doświadczeniem jest bycie uchodźcą z wysokimi kwalifikacjami. W 1933 roku, po dojściu nazistów do władzy, przebywał akurat w USA. Do Niemiec już nie wrócił – jego mieszkanie i majątek skonfiskowano, a na listach propagandowych określano go jako wroga państwa.
Najpierw miał obywatelstwo niemieckie, później szwajcarskie, na końcu amerykańskie. W pewnym momencie był wręcz formalnie bezpaństwowcem. Dla kogoś, kto dziś podróżuje z komfortowym, „mocnym” paszportem, to dobry moment na refleksję: nawet najwybitniejszy naukowiec świata może stać się z dnia na dzień osobą, której nie chce przyjąć żaden urząd imigracyjny.
W Stanach Zjednoczonych osiadł w Princeton, w stanie New Jersey. Tamtejszy Institute for Advanced Study nie był typowym uniwersytetem – raczej spokojną przystanią dla ludzi nauki, gdzie nie trzeba było gonić za godzinami dydaktycznymi. Princeton do dziś przyciąga tych, których fascynuje „ostatni rozdział” życia Einsteina: dom przy Mercer Street, skromny grób bez dużego nagrobka, lokalne archiwa.
Dziwny turysta: skrzypce, sandały i brak skarpetek
Einstein w podróży wyglądał zupełnie inaczej, niż sugeruje szkolna ikonografia „pana w garniturze”. Słynął z tego, że nie znosił skarpetek – chodził w sandałach lub znoszonych butach, w zmiętym swetrze. Nawet podczas oficjalnych przyjęć potrafił pojawić się w stroju, który dziś uchodziłby co najwyżej za „casual friday”.
W walizce zawsze miał skrzypce. Muzyka była dla niego równie ważna jak matematyka. Podczas wyjazdów lubił siadać z instrumentem w małych, prywatnych salonach, grać Mozarta czy Bacha. Dla gospodarzy był to często większy zaszczyt niż wysłuchanie naukowego wykładu.
- w podróży często zasypiał w pociągach i tramwajach, budząc się na ostatnim przystanku,
- miał tendencję do gubienia bagażu i dokumentów,
- notatki potrafił robić na serwetkach, biletach i kopertach,
- nie przywiązywał wagi do eleganckich hoteli – liczył się spokój.
Ten wizerunek „roztrzepanego profesora” ma więc w jego biografii konkretne, codzienne źródła. Nie była to stylizacja na potrzeby fotografów, tylko sposób funkcjonowania w świecie.
Listy, romanse i niełatwe relacje
Szkolne opowieści pomijają zwykle życie prywatne Einsteina, a było ono dalekie od ideału. Małżeństwa, romanse, długie listy do kobiet, z którymi łączyły go burzliwe relacje – to wszystko wychodziło na jaw stopniowo, wraz z publikacją korespondencji.
W kontekście podróży interesujące jest to, jak wiele ważnych życiowych decyzji zapadało „w drodze”: na statkach płynących do Ameryki, w hotelach podczas tournee wykładowych, w pociągach pomiędzy miastami. Listy do pierwszej żony, Milevy Marić, czy do kuzynki i późniejszej partnerki, Elsy, powstawały często w wagonach kolejowych – z pieczątkami różnych europejskich dworców.
Nie jest to lukrowana historia. W listach widać egoizm, chwilami brak wrażliwości na potrzeby najbliższych. Obraz „dobrotliwego dziadka z rozwichrzonymi włosami” zderza się tu z realnym człowiekiem, którego wybory mocno raniły innych. Dla współczesnej kultury podróżniczej, która lubi mitologizować „życie w drodze”, to ciekawa kontrpropozycja: mobilność nie zawsze idzie w parze z dojrzałością emocjonalną.
Rzeczy, które po nim zostały – od mózgu w słoiku po dom w Jerozolimie
Po śmierci Einsteina w 1955 roku na mapie świata rozsypały się różne „ślady materialne”: rękopisy, listy, zdjęcia, ale też rzeczy bardziej niepokojące. Patolog, który przeprowadzał sekcję zwłok, bez zgody rodziny wyjął mózg fizyka i przechowywał go przez lata w formalinie, porcjując próbki do badań dla kolejnych zespołów naukowych.
Ta historia jest do dziś jednym z najbardziej kontrowersyjnych rozdziałów w opowieści o Einsteinie – pokazuje, jak łatwo kult jednostki może przesłonić elementarne zasady etyczne. Fragmenty tkanki mózgowej trafiły do różnych laboratoriów, a część z nich można zobaczyć w muzeach medycznych w Stanach Zjednoczonych.
Einstein wyraźnie zaznaczył w testamencie, że nie chce pomników ani monumentalnych grobowców. Mimo to jego nazwisko pojawia się dziś na setkach budynków, placów, ulic, a nawet kawiarni i hosteli na całym świecie.
Inny, zupełnie inny ślad po Einsteinie to Hebrew University w Jerozolimie. Uczelnia powstała jeszcze za jego życia, a sam Einstein był jednym z jej współzałożycieli. Co ważne – w testamencie przekazał uczelni prawa autorskie do swoich tekstów i wizerunku. Dlatego to właśnie Jerozolima, a nie Berlin czy Princeton, jest dziś formalnym „strażnikiem” spuścizny Einsteina.
Miejsca na mapie, gdzie wciąż żyje Einstein
Dla osób podróżujących śladami kultury i nauki, biografia Einsteina układa się w bardzo konkretną trasę. Bez muzealnej przesady, raczej z naciskiem na zwyczajne przestrzenie, które dopiero z kontekstem stają się wyjątkowe.
Na europejskiej mapie warto zaznaczyć przede wszystkim:
- Ulm – miasto urodzenia, z niewielkimi ekspozycjami i tablicami pamiątkowymi,
- Monachium – miejsce dzieciństwa i pierwszych szkolnych frustracji,
- Berno – kamienica przy Kramgasse, dziś Einstein Haus,
- Zurych – ETH i ulice, którymi chodził jako student i wykładowca,
- Berlin – budynki dawnej Pruskiej Akademii, okolice jego dawnego mieszkania.
Po drugiej stronie Atlantyku centralnym punktem jest oczywiście Princeton. Skromny dom przy Mercer Street nie jest wielkim muzeum, ale sam spacer po okolicy – z myślą, że tędy chodził jeden z najbardziej rozpoznawalnych ludzi XX wieku – działa na wyobraźnię. W kampusie można znaleźć rzeźby, archiwalia, miejsca pamięci, ale bez przesadnego patosu.
Jerozolima dodaje do tej układanki wątek intelektualny i symboliczny: archiwa Hebrew University, dokumenty, fotografie, korespondencja. Tam planowano nawet pochować Einsteina, ale ostatecznie spoczął on w Princeton, zgodnie z życzeniem o prostym, nieefektownym grobie.
Cała ta mapa pokazuje Einsteina nie jako jedynie „geniusza od równań”, lecz jako człowieka, którego życie rozpinało się między pociągami, salami wykładowymi, ciasnymi mieszkaniami i spokojnymi ulicami małych miast. Odwiedzając te miejsca, łatwiej zrozumieć, że historia nauki dzieje się nie tylko w podręcznikach, ale też na zwykłych klatkach schodowych i w wagonach trzeciej klasy.
